Przejdź do treści

Beata Sadowska. Bo bieganie bywa też trudne…

Beata Sadowska. Bo bieganie bywa też trudne...
Beata Sadowska i jej najtrudniejszy medal. Zdjęcie: Facebook / beatasadowska.com
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Ewa Chodakowska
Ewa Chodakowska zachęca do badań piersi
Lizi Jackson-Barrett
Łysa Lizi Jackson-Barrett: Rok temu płakałam. Teraz czuję się świetnie
Masaż blizn. Mama Kosmetolog pokazuje jak go wykonywać prawidłowo
Zadbaj o własne piersi. Ruszyła kampania Fundacji Rak’n’Roll
doktor michał lipa przodem
Czy USG jest bezpieczne? Dr Michał Lipa uspokaja

Tym razem, dla odmiany, znana wszystkim, nie tylko z biegania Beata, popularnie zwana Sadzią. W Twoim Stylu zwierza się, dlaczego najsłynniejszy maraton nowojorski bardzo jej nie poszedł. A właściwie – nie pobiegł.

Do wyznań Beaty w Twoim Stylu a propos maratonu nowojorskiego mam jedno poważne zastrzeżenie – są za krótkie! I za dobrze (i za szybko) się czytają jak na materiał o tym, jak to Beata przez 30 km nie mogła dotrzeć do mety… A było tak. 

Pojechała do Nowego Jorku, bo wreszcie udało jej się znaleźć na liście startowej, co wcale nie jest takie proste. Chętnych jest kilkukrotnie więcej niż miejsc (w ubiegły roku maraton ukończyło ponad 50 tysięcy biegaczy!). Dlatego o tym, kto weźmie udział w tym maratonie decyduje losowanie. Albo wytrwałość – jeśli przez trzy kolejne lata wnosi się opłatę startową, za czwartym razem mamy zapewniony start. Beacie wreszcie się udało (nie tłumaczyła, szczęście czy wytrwałość), poleciała więc pobiegać za oceanem. Przypuszczała, że będzie ciężko (Tysio miał dopiero półtora roku, nie była ani odpowiednio przygotowana, ani wypoczęta), ale nie przypuszczała, że aż tak. Bo problemu zaczęły się już na dziesiątym kilometrze. Bardzo wcześnie, jak na maratończyka. 

Ja co prawda nigdy maratonu nie biegłam (trochę się boję, z rozmaitych powowdów), więc tak naprawdę nie wiem jak to jest, ale uważnie śledzę poczynania znajomych, którym pomysł zrobienia czterdziestki wpadł do głowy. Jeśli ktoś się do tego biegu przygotowuje, kryzys też przychodzi, ale po dwudziestym, trzydziestym kilometrze. Mówią, że nóżki robią się nagle takie, jakby to napisać, betonowe, każdy krok jest cierpieniem i próbą przezwyciężenia własnej słabości. Niektórzy zaczynają wówczas iść (nie wiem, czy da się potem z powrotem ruszyć do biegu), inni szurać. Szurała i Beata. Kolejno wymijały ją „zające” z oznaczeniami czasu na balonikach (biegną w określonym tempie, a czas dobiegnięcia do mety mają napisany na baloniku, króry im towarzyszy, np. 4h, 4:15, 4:30). Życiówka Beaty to 3:54, ale, jak sama mówi, wtedy nie było jeszcze Tysia… Teraz nie spała od roku, a i czasu, który można poświęcić na treningi gwałtownie ubyło. Na bieganie jeszcze była w stanie wykroić godzinkę albo dwie, ale już z ćwiczeniami na brzuch i kręgosłup („core stability”) było gorzej. I to właśnie nadwyrężony kręgosłup tak ją zawiódł. Rozbolał i odmówił współpracy. 

Ale żeby nie było – Beata do mety dobiegła. Dała radę, czas tym razem nie miał znaczenia. Ja się jednak pytam – czy to dobre? Czy to zdrowe? Czy skoro ciało mówi nam „nie biegnij, stań w tej chwili” powinniśmy go słuchać, czy nie? Czy pokonując własne słabości za wszelką cenę nie robimy sobie krzywdy? Kiedy maraton przestaje być wyzwaniem, a staje się gwałtem na własnym ciele? Kiedy?

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Powiązane tematy

Zainteresują cię również:

dzieci siegające poo cukier

Agresywne dziecko? Winowajcą może być cukier

Dlaczego diety nie działają? – 5 psychologicznych powodów

7 najlepszych diet na 2018 rok

Stres działa jak śmieciowe jedzenie

Poczytaj dla zdrowia

Nie, dziękuję, jestem na diecie

Dietetyczka kontra singielka na zakupach

6 najgorszych nawyków żywieniowych

Dieta odchudzająca – węglowodany vs. tłuszcze

10 zagrożeń drastycznych diet

10 produktów łagodzących objawy menopauzy

Gotowanie: temperatura najzdrowsza dla serca